Moje życie zatrzymało się w momencie, w którym mój syn zginął w wybuchu w Bejrucie

Pokłosie bejruckiego wybuchu.

Pięć miesięcy temu zginął mój syn.

Kiedy piszę te słowa i czytam je raz po razie, są tak niepojęte, że równie dobrze mogłyby być zapisane w nieznanym mi języku. Czytam i czytam i nie potrafię pojąć, że mają związek ze mną, że są częścią mojej historii. Te zdania to zdania z jakiejś powieści, albo smutnych wiadomości o jakiejś biednej rodzinie, której nigdy nie spotkam, ale pożałuję ją przez chwilę i wrócę do swojego życia. To nie może być moje życie. Niemożliwe, abym to ja była tą osobą, na którą patrzą ludzie i dziękują w duchu Bogu, że nie spotkało ich to samo.

Nie muszę chyba mówić, że daleko mi do etapu akceptacji. Regularnie wypieram z siebie te straszne myśli. Najtrudniejszą kwestią jest sposób, w jaki zginął mój syn Isaac - w wybuchu w Bejrucie, jednej z największych eksplozji nienuklearnych w historii. Wszystko stało się bardzo szybko. W jednym momencie jadłam kolację z Isaac'iem, śpiewając kołysanki, a w następnym siedziałam w domu swoich teściów na przedmieściach Perth - możliwie najdalej od Bejrutu - bez niego. Wiem, że w międzyczasie dużo się wydarzyło: eksplozja, szpital, trudności, aby wydostać się z kraju. Ale wszystko to pamiętam jak przez  mgłę. Całe nasze życie runęło jak domek z kart w przeciągu sekund. To, co się wydarzyło, było tak potworne i wykraczające poza granicę wyobraźni, że mój mózg nie potrafi pojąć, że brałam w tym udział. Kiedy myślę o tym dniu i kilku następnych, czuję się, jakbym oglądała siebie w jakimś filmie, a nie przywoływała w pamięci realne wydarzenia.

Ta niemożność pojęcia eksplozji i tego, jak zginął mój 27-miesięczny Isaac prowadzi do tego, że nie potrafię też pojąć tej nowej rzeczywistości. Czuję się jak ktoś z zewnątrz, jak gap, nie jak ktoś, kto jest jej częścią. Życie na przedmieściach Perth wydaje się nienaturalne i surrealistyczne. Czuję się, jakbym przedostała się do równoległego wszechświata i czekała, aby powrócić do tego "prawdziwego", w którym Isaac wciąż żyje i nasza rodzina jest w komplecie. W momentach, w których rzeczywistość mnie uderza i uświadamiam sobie, że tak, jestem teraz tutaj, na przedmieściach Perth i wszystko, co się wydarzyło, jest prawdą, zastanawiam się, czy to, co było przed tym - oraz Isaac - nie było zwyczajnie wytworem mojej wyobraźni. Czy życie z Isaac'iem było tylko pięknym snem? Czy może tkwię w niekończącym się koszmarze, z którego nie mogę się wybudzić? Kontrast pomiędzy moimi dwoma życiami jest tak silny, wydarzenia, które doprowadziły mnie tu, gdzie jestem teraz, tak nieprawdopodobne, cios tak okrutny, że zwyczajnie nie potrafię pogodzić tej obecnej rzeczywistości z tą, która minęła, dlatego w moim mniemaniu, tylko jedna musi być prawdziwa.

 

Sarah Copland i jej syn, Isaac.

Jedyne, co łączy te dwie rzeczywistości, to retrospekcje, których doświadczam w ciągu dnia. Głośne dźwięki sprawiają, że mam ochotę się schować, piski bawiących się dzieci przywołują na myśl piski, które wypełniały szpitalne korytarze, a kiedy jest cicho, widzę przed sobą twarz przestraszonego i zdezorientowanego Isaac'a. Ludzie wokół chodzą do pracy, na imprezy, spędzają czas z dziećmi. Śmieją się, płaczą i mają własne problemy. Ich życie wciąż jest "normalne" i nie zdają sobie sprawy z wszystkich tych małych rzeczy, które przenoszą mnie w myślach do tej tragicznej nocy w Bejrucie. Ich czas płynie, a mój się zatrzymał.

Czas nie wpływa na żałobę tak, jak tego oczekujemy. Słońce wciąż wstaje i chowa się każdego dnia, ale moje życie zatrzymało się 4 sierpnia, 2020 o godzinie 18:08. Tam zostawiłam część siebie. Fakt, że minęło już pięć miesięcy jest dla mnie tak niepojęty, jak sama eksplozja. Jak przetrwałam te pięć miesięcy bez mojego synka? Przed jego śmiercią, w ciągu całego jego życia, tylko trzy noce spędziłam z dala od niego. Pierwszy raz, kiedy miał osiem miesięcy, a ja leżałam w szpitalu z okropną grypą żołądkową. Pamiętam, kiedy siedziałam na szpitalnym łóżku w NYU płacząc jak bóbr z przymocowanym laktatorem, ponieważ wciąż karmiłam piersią. Isaac znajdował się nie więcej niż kilometr dalej. Był w domu ze swoim tatą i był bezpieczny, a mimo to miałam wrażenie, że znajdował się milion kilometrów ode mnie. Drugi raz, kiedy miał 18 miesięcy, a ja musiałam wyjechać służbowo do Kuwejtu na dwie noce. Płakałam całą drogę na lotnisko i przyrzekłam sobie wtedy - zanim w ogóle wyleciałam w kraju - że już nigdy nie wyjadę z powodu pracy, jeżeli nie będę mogła zabrać Isaac'a ze sobą.

Każda z tych nocy spędzonych bez niego była torturą, a teraz spędziłam ich już 156 i czeka na mnie dużo więcej, do końca mojego życia. Jak przetrwałam 156 nocy, w których nie czytałam Isaac'owi dobranocki? 156 nocy bez jego uścisku, przy którym mówił "Bonne nuit, Mama" (Dobranoc mamo)? 156 nocy bez skradania się do jego pokoju, żeby sprawdzić, czy aby na pewno wszystko w porządku? Jak przetrwałam te 156 nocy? Nie chcę popłynąć z czasem - każdy krok do przodu będzie oznaczał oddalanie się od Isaac'a i naszego czasu spędzonego z nim - ale powrót do przeszłości nie jest możliwy, dlatego utknęłam. Życie dookoła mnie się toczy, a ja utknęłam 4 sierpnia, 2020 w godzinie 18:08.

Okrucieństwo tego, co się wydarzyło i żal, jaki czuję, przenika każdy aspekt mojego życia. Wszechogarnia mnie, dusi, powiedziałabym. Tkwię w niekończącym się stanie dysonansu poznawczego: z jednej strony w pełni świadoma tego, co się wydarzyło, z drugiej niepotrafiąca w to uwierzyć i tego zaakceptować. Czas i przestrzeń już nie znaczą to samo. Żałoba to nie tylko radzenie sobie ze stratą mojego syna, ale również próba uporania się z faktem, że w naszym życiu zaszła zmiana i czego byśmy nie zrobili, czas płynie dalej, czy nam się to podoba, czy nie.

Autor: 
Sarah Copland, Tłum. Julia Karoń

Dodaj komentarz

CAPTCHA
Przepisz kod z obrazka.
2 + 2 =
Rozwiąż proszę powyższe zadanie matematyczne i wprowadź wynik.