Czy na końcu tunelu jest światło?

Jak wygląda życie rosyjskiego kierowcy ciężarówki – zapiski z trasy korespondenta „Nowej Gazety” przemierzającego w kabinie MAN uralskie górskie drogi

19 grudnia, Złatoust, Południowy Ural, strefa przemysłowa. Stoję przed dużym terminalem przeładunkowym, skąd zgodził się zabrać mnie do oddalonego o 300 km miasta Wierchniaja Pyszma Iwan, kierowca 14-tonowego samochodu ciężarowego. Wyjazd przeciąga się – szwankuje układ ABS, co zdarza się tu często. Pada gęsty śnieg i wieje mroźny wiatr. Dookoła otaczają nas góry. Mężczyzna z kluczami francuskimi grzebie pod samochodem.

Życie kierowcy tira

Iwan, ojciec piątki dzieci, jest mężczyzną średniego wzrostu, dobrze zbudowanym, na oko około pięćdziesiątki. Jest jedynym żywicielem swojej rodziny. Za kierownicą ciężarówki siedzi od ponad 30 lat.

Opowiada, że zazwyczaj jego dzień rozpoczyna się wcześnie rano – zdarza się, że wstaje już o czwartej lub piątej, w zależności od trasy. Dzisiaj miał szczęście – załadunek dopiero po południu, więc mógł pospać aż do ósmej. Standardowo dzień wygląda tak: 12 godzin za kółkiem, posiłki w przydrożnych barach i spanie w samochodzie. Nie są to najbardziej komfortowe warunki pracy, ale za to zarobki są wyższe niż przeciętne w tych okolicach – 30-40 tysięcy rubli miesięcznie.

Jedną trzecią wypłaty przeciętny kierowca ciężarówki wydaje na jedzenie. Na sprzęt AGD czy ubrania też wystarcza. Ale na wymianę starego samochodu już nie – a to dla kierowcy tira jest istotną potrzebą, szczególnie jeśli jeździ własnym pojazdem. Samochód Iwana jest już stary, rocznik 2007, często się psuje. Bywa, że trzeba pożyczać pieniądze, żeby usunąć awarię.

„Wszystko gotowe, Wania” – mechanik wypełza spod ciężarówki. Dostaje 1700 rubli i odchodzi. Zaczyna się ściemniać.

„No to wskakuj, jedziemy” – wydaje polecenie kierowca. Przed odjazdem robi znak krzyża. Usadawiam się w kabinie. Urządzona jest prosto – dwa siedzenia, a z tyłu miejsce do spania i radio.

Platon to nie wyrok

Przemierzając uralskie trasy nie sposób nie wspomnieć o największej bolączce kierowców. Uruchomiony w 2015 roku system o nazwie Platon pobierający od samochodów ciężarowych opłaty za szkody drogowe doprowadził do masowych protestów kierowców i właścicieli ciężarówek – ich dochody znacząco zmalały.

Obecnie, opowiada Iwan, kierowcy przystosowali się do tej sytuacji.

—  Bywa, że włączam Platona na jakimś odcinku trasy, podłączam zasilacz do rejestratora, a na innych odcinkach wyłączam. Włączam tam, gdzie na drodze zamontowane są bramki kontroli. Włączasz system przed bramką, przejeżdżasz – i wyłączasz. Bramka liczy, ile przejechałeś. Ludzie kupują za 1500 rubli specjalne zagłuszacze do Platona. Ma to sens. Włączasz Platona oraz zagłuszacz i już – jesteś niewidoczny. Satelitarny system nawigacyjny GLONASS już cię nie widzi. Ale tak robią tylko prywaciarze. Tym, co pracują na firmę jest wszystko jedno, bo za Platona płaci właściciel.

— Ile ostatnio pan zapłacił?

— 10 tysięcy. A żeby dojechać do Moskwy to wyjdzie 15-16 tysięcy. Rok-półtora po uruchomieniu systemu wiele osób porzuciło to zajęcie. Posprzedawali samochody, zmienili zawód. A ci, którzy zostali nauczyli się funkcjonować w nowych warunkach.

Iwan opowiada, że nowy system ma też swoje zalety.

— Drogi są w lepszym stanie. Władze starają się dbać o trasy federalne. Jeśli na asfalcie pojawi się nawet mała dziura, od razu ściągają nawierzchnię i kładą na nowo. Przed Platonem tak nie było – jak już asfalt położyli, to przez 20 lat nikt go nie ruszał.

MAN wyjeżdża ze Złatousta. Smutne stalinowskie baraki ustępują miejsca górom i lasom iglastym.

Odejście romantyzmu

Iwan mówi, że nie będzie namawiał swoich dzieci do zostania zawodowym kierowcą.

— Ta praca nie ma przyszłości. To coraz mniej dochodowy biznes. Zapędzą cię w taki finansowy kozi róg, że jeśli jeździsz swoim pojazdem to nic ci nie zostanie. A jeśli pracujesz na firmę to przestaniesz bywać w domu. Mój brat pracuje na firmę, przez cały miesiąc miał tylko 4 dni wolne. On nie mieszka w domu, ciągle tylko jeździ po kraju. Wychodzi więc na to, że jak nie bywasz w domu, to nie możesz mieć rodziny. Bo komu jesteś wtedy potrzebny?

Sam przyznaje, że pracuje już bez przerw. „Niczego innego nie potrafię i nikt mnie nie weźmie do innej pracy. Jako przedsiębiorca nie widzę żadnej pomocy od państwa – tylko podatki zwiększają. Strzyżą nas jak owce”. Iwan planuje pracować w takim trybie jeszcze 15 lat, czyli do emerytury.

Mówi, że ten zawód stracił swój romantyzm.

— Gdy zaczynałem jeździć w latach 90-tych, było inaczej – widzisz krajana z rejestracją twojego regionu – witasz się z nim. Nawet kumplujesz. A teraz już tego nie ma. Nie ma wzajemnej pomocy.

Kiedyś, jeśli miałeś jakąś awarię na trasie, wystarczyło pomachać i już się jakiś inny kierowca ciężarówki zatrzymywał. A teraz samochód może stać i stać i nie zatrzyma się nikt.

Nawet jak machasz rękami, omijają cię. Człowiek człowiekowi wilkiem.

Na pytanie, dlaczego nie ma już braterstwa i wzajemnej pomocy, Iwan wyjaśnia, że wcześniej zawód kierowcy był bardziej prestiżowy – zanim można było wyruszyć w dalekie trasy trzeba było do tego dorosnąć – ludzie najpierw pracowali przez 5-6 lat na trasach miejskich, a potem zdawali specjalne egzaminy. Teraz ten zawód może wykonywać każdy, kto ma prawo jazdy kategorii E.

— Dzisiaj kierowcy nie czują już takiej odpowiedzialności za ładunek i pojazd. Jeśli samochód zepsuł się na trasie, to mogą go po prostu zostawić razem z ładunkiem i odjechać. To dziś normalne. A wcześniej rozpalaliśmy ogniska, żeby nie zamarznąć, ale ani ładunku ani samochodu ot tak nie porzucaliśmy. Miałem taką sytuację – w styczniu pod Surgutem samochód zgasł i nie chciał odpalić. Zbiornik z paliwem zamarzł. Trzeba było rozpalać ognisko tuż pod nim, żeby się odmroził. I tak co 50 kilometrów.

Romantyzm dalekobieżnych tras często nie napawa dobrym humorem. Iwan wspomina, jak w latach 90-tych częstym problemem byli drogowi wyłudzacze.

— Śpimy z kolegą kierowcą na parkingu, akurat sprowadziłem z Niemiec samochód w 1994 roku. Pod Samarą był jeden incydent – była już noc, zatrzymaliśmy się na nocleg. Nagle do kabiny podchodzi jeden taki z pistoletem i mówi: „Tutaj droga jest płatna, musicie zapłacić”. A wtedy często woziliśmy pomoc humanitarną. Wieźliśmy akurat odzież. Wytłumaczyliśmy mu, że wieziemy ubrania do cerkwi. Już nas więcej nie zaczepił.

Milicja też próbowała wtedy wyłudzać. I wyłudzali. W 1998 roku pojechałem z ładunkiem do Dagestanu. Jechałem z pustą naczepą, a za to mi nie płacili. Jeśli jechałbym z ładunkiem to musiałbym zapłacić małe odstępne. W Derbencie zatrzymał mnie jeden człowiek, ubrany był po cywilnemu, ale w rękach trzymał pałkę. Tam, gdzie mnie zatrzymał, tam też się zatrzymałem. A on pyta: „Czemu się tu zatrzymałeś?” Zaczął się ze mną kłócić, że nie powinienem był zatrzymywać się na drodze, tylko zjechać na pobocze, dlatego wlepi mi mandat. Patrzę, a inne samochody podjeżdżają i kierowcy sami kładą pieniądze i odjeżdżają. A ja po tej kłótni musiałem oddać mu nie dwadzieścia, a sto rubli.

Teraz co prawda drogówka boi się brać łapówki – mówi Iwan – bo bardziej ich kontrolują. Ale Iwan sam jest już doświadczonym kierowcą i prawie nie narusza przepisów. Może jedynie wyłącza Platona.

Do miejscowości Wierchniaja Pyszma docieramy o pierwszej w nocy. Iwan musi oddać ładunek, załadować nowy, w drodze powrotnej zjeść w barze przydrożnym i przespać się. Do domu wróci dopiero po południu.

Autor: 
Aleksandr Szestakow, Tłum. Magdalena Diadenkova

Dodaj komentarz

CAPTCHA
Przepisz kod z obrazka.
1 + 5 =
Rozwiąż proszę powyższe zadanie matematyczne i wprowadź wynik.