Samotne święta kochanki

Zadzwonił do mnie dzień po Bożym Narodzeniu i powiedział: „W końcu się wyrwałem z tego rodzinnego piekła. Masz jeszcze ten czerwony komplecik? Bo będę zaraz u ciebie”. Chciałam, ale nie potrafiłam go odrzucić. Przyjechał z kwiatami i winem, jak zwykle. „Sorry że tak wyszło, ale wiesz jak jest”. Tak, teraz już wiem. Bardzo wyraźnie do mnie dotarło, że choćbym nie wiem, ile z siebie dała, zawsze będę tą drugą.

  • Czekają na weekendy, kiedy będą mogły się spotkać z ukochanym, albo na to, że wreszcie zostawił żonę (obiecuje to od lat). Bezskutecznie
  • Co dają im te związki? Świetny seks, chwile szczęścia i – wieczną tęsknotę. Szczególnie dotkliwą w czasie świąt

Piątek po południu. W Starbucksie na Nowym Świecie umawiam się z Martą i Sylwią. Obie są kochankami, obie nie lubią, kiedy ktoś mówi o nich „ta druga”. Poznaliśmy się na forum internetowym kobiet, które wdały się w romans z żonatymi mężczyznami. Marta jest weekendową kochanką. Sylwia od trzech lat czeka aż jej „partner” rozstanie się z żoną.

MARTA, 30 LAT. Dziennikarka, mieszka w Warszawie.

Pamiętacie scenę jak Bridget Jones, kompletnie pijana, śpiewa w piżamie „All by myself”? To właśnie ja w Boże Narodzenie w 2016 roku.

Tylko krzyczałam pewnie głośniej i piżamę mam ładniejszą. Dostałam od niego na Mikołajki. Mówił, że będzie mnie grzała, kiedy on nie zdoła.

I śmiał się przy tym tak, że seksualny podtekst dało się wyczuć na drugim końcu osiedla. Nie sądziłam, że tak szybko się przyda.

Poznałam go wiosną. W mojej ulubionej knajpie na placu Unii Lubelskiej było tłoczno jak w tramwaju. Znalazłam miejsce przy wielkim wspólnym stole i sączyłam cappuccino, przeglądając prasę. Wtedy dosiadł się on.

W marynarce, z laptopem, rzucając najgorszy banał świata. „Co taka piękna kobieta robi sama o poranku?”, zapytał, serwując mi rozbrajający uśmiech. „Następnym razem proszę zadzwonić. Często bywam w pobliżu”, rzucił i podał mi wizytówkę. Była nazwa firmy, adres i informacja po angielsku, że Piotr jest „Member od the board”.

Tak mnie zatkało, że do dziś nie umiem wyjaśnić, kiedy dałam sobie kupić ciasto, opowiedziałam mu prawie całe swoje życie i poszłam z zupełnie obcym mężczyzną na spacer. Nie wiem, dlaczego, w tajemnicy przed wszystkimi, spotykałam się z nim codziennie w knajpach, wieczorem na drinka w modnych pubach, a w końcu w jego służbowej kawalerce na Puławskiej.

Nie potrafię wytłumaczyć, dlaczego od razu nie zapytałam go o obrączkę, która musiał nosić już wiele lat, bo wyraźnie odgniotła mu skórę na serdecznym palcu prawej ręki. I dlaczego nie zapytałam, kim jest ta śliczna dziewczynka o sarnich oczach, która uśmiecha się z ekranu jego telefonu. Wiedziałam, że pochodzi z Kędzierzyna i tam wraca na weekendy. Nawet mi to na początku pasowało, miałam czas dla siebie. Nigdy nie powiedział, że zostawi dla mnie żonę, ale po cichu na to właśnie liczyłam. A potem zaczęłam liczyć na to głośniej i wylewniej.

W piątek wieczorem wpadałam w histerię, że się do niej przytula albo z nią sypia. W poniedziałek czekałam jak pies, wpatrując się w ekran telefonu, na którym próbowałam wymusić, by pokazał mi od niego jakąkolwiek wiadomość. Zwykle odzywał się w południe, a ja robiłam awanturę, za którą później musiałam przepraszać i udawać, że pasuje mi bycie jego dziewczyną od poniedziałku do piątku. Nie pasowało mi, ale na myśl, że miałabym go rzucić, wpadałam w panikę. Było mi z nim tak dobrze. Kochałam jego zapach, smak, poczucie humoru, historie, którymi sypał jak z rękawa i to, że jako pierwszy mężczyzna w moim życiu sprawił, że czułam się jak księżniczka.

Kupował mi prezenty, zabierał w piękne miejsca. Pod koniec listopada udało nam się nawet na kilka dni wyrwać w góry. Zabronił mi oczywiście mówienia o tym koleżankom, robienia zdjęć i wrzucania jakichkolwiek informacji do sieci. Strasznie to było podniecające. Knuliśmy wtedy, że może by tak spędzić razem część świat. Wynająć domek w górach, z kominkiem i skórą z niedźwiedzia rozciągnięta na drewnianej podłodze, na której moglibyśmy się kochać jak zwierzęta. Zarezerwował taki w Wiśle. Od 25 grudnia, na moje nazwisko. Mówił: „Jedź tam pierwsza, a ja powiem, że w firmie awaria i muszę pędzić z odsieczą”. Przez pół miesiąca chodziłam jak nakręcona. Znalazłam w sklepie z bielizną piękny czerwony komplet, kupiłam do tego czapkę z pomponem i zamierzałam oskarowo odegrać rolę pani Mikołajowej.

Wszystko miało być idealnie. Mój ukochany porzuci dla mnie rodzinę i spędzimy razem święta! W Wigilię zostałam sama w Warszawie, nie chciałam jechać do mamy, bałam się że coś mi przeszkodzi w realizacji planu. Wymigałam się zmyśloną grypą. Wieczorem ubrałam się w tę piękną piżamę, nalałam sobie wina, które przywiózł mi z Portugalii, w telewizji nic nie było, więc odpaliłam Facebooka. Przyjaciele publikowali zdjęcia z choinką, babcią albo durne memy i życzenia. Nie miałam GO w znajomych, ale postanowiłam zajrzeć na jego profil. Z lewego narożnika strony uśmiechał się przystojny brunet w goglach narciarskich na tle francuskich Alp. Ale pozostałe informacje były zablokowane.

Udało mi się znaleźć profil żony Piotra. Joanna W., lekko pulchna blondynka z wielkim biustem i jeszcze większymi oczami. Na zdjęciu wrzuconym kwadrans wcześniej siedziała na wtulona w swojego męża, mojego Piotra, i całowała go czułe w policzek. Z drugiej strony w policzek cmokała go mała dziewczynka. Podpis pod zdjęciem: „Nareszcie razem #kocham”. Miałam ochotę zwymiotować. Obejrzałam wszystko, co miała na stronie. ICH zdjęcia z wakacji, z basenu, spaceru, wycieczki do zoo, a nawet, jak całuje te krowę po brzuchu, gdy małej jeszcze nie było na świecie i oczywiście ze ślubu. Po kolejnym kieliszku wina nie miałam już oporów. Zadzwoniłam, ale nie odbierał. "Przyjedziesz?

Prawda?", napisałam w SMS-ie, do którego dołączyłam nawet zalotne zdjęcie gołych nóg. Nie odpowiedział. Wysłałam jeszcze kilka, wypominając mu „żonkę” i słodkie foty. Trochę popłakałam, aż usnęłam na kanapie. Rano, wściekła, wpakowałam się do auta i ruszyłam w kierunku Wisły. Dzwoniłam bez przerwy.

 

Odebrał około południa, gdy byłam już na Śląsku. Mówił szeptem.

„Oszalałaś? Mogłaś wszystko zepsuć”, oznajmił jednocześnie informując, że ma problem, by się wyrwać, bo mała jest chora, ale będzie się starał. Snułam się po wielkim apartamencie i czekałam, aż pojawi się w jego drzwiach. Nie pojawił. Wieczorem dostałam tylko krótki SMS, że nie da rady i mam nie dzwonić, bo Aśka zrobiła się podejrzliwa.

Przeleżałam całe święta w hotelu, obżerając się i opijając na jego rachunek. Wyłam jak dziecko, tym bardziej, gdy dotarło do mnie, że nie mam się komu nawet pożalić.

Nikt nie wiedział, jak głupie decyzje w życiu podjęłam. Nawet, gdy wróciłam do Warszawy, mój telefon milczał. Myślałam, że umrę z rozpaczy. Miałam żal do siebie, że stawiałam mu jakieś warunki, chciałam go nawet przepraszać. Ale gdy przypomniałam sobie ich słodkie zdjęcia, które Joanna wrzucała co godzinę na Facebooka, znów zrobiłam się wściekła. Zadzwonił do mnie dzień przed końcem roku i powiedział, jak gdyby nigdy nic: „W końcu się wyrwałem z tego rodzinnego piekła. Masz jeszcze ten czerwony komplecik? Bo będę zaraz u ciebie”.

Chciałam, ale nie potrafiłam go odrzucić. Przyjechał z kwiatami i winem, jak zwykle. „Sorry że tak wyszło, ale wiesz jak jest”. Tak, teraz już wiem. Bardzo wyraźnie do mnie dotarło, że choćbym nie wiem, ile z siebie dała, zawsze będę tą drugą.

SYLWIA, 40 LAT. Jest nauczycielką chemii w prywatnym liceum

182 cm to jak na kobietę zdecydowanie za dużo. Garbię się, unikam wspólnych wyjść z ludźmi i nie lubię siebie. Może dlatego Radek, żonaty 37-latek, z którym od trzech lat mam romans, nie chce rozwieść się dla mnie ze swoją żoną?

Kiedy ktoś pyta mnie, kim jest Radek, myślę: partnerem, przyszłym mężem. Ale nie wypowiadam tych słów, bo wiem, że dla niego jestem tylko kochanką i aż kochanką. Radek jest ze swoją żoną od matury.

Dzieci, kredyt we frankach, obowiązki, rutyna. Jego drogi z żoną rozeszły się już dawno, ale też niczego nie chcą zmieniać. Bo przecież się lubią i to bardzo, o czym dowiedziałam się niedawno od koleżanki żony Radka, z którą chodzę na fitness.

Poznaliśmy się na imprezie świątecznej. Do łóżka poszliśmy jeszcze przed sylwestrem. Namiętny, gorący, fantastyczny. Czułam się pożądana, chyba pierwszy raz w życiu. A on pierwszy raz kochał się od lat z kimś innym niż żona. Zaczęliśmy się regularnie spotykać. Wiedziałam, że jemu bardzo zależy na seksie, że jest mną podekscytowany. Tłumaczyłam sobie, że to miłość, zakazany owoc. Dzisiaj wiem, że dla niego – tylko odskocznia.

Po roku, który spędziliśmy razem, nadeszły kolejne święta. Radek tłumaczył, że jego synowie są mali, że nie może ich zostawić. Miał przyjść na obiad w drugi dzień świąt. Upiekłam jego ulubioną kaczkę, zrobiłam też jabłecznik z pianką. „Mamo, zrozum, próbuje sobie ułożyć życie”, tłumaczyłam się z nieobecności przez telefon chorej na raka matce. „Ale to mogą być nasze ostatnie wspólne święta”, nalegała.

Odwołałam ten wyjazd dla niego. A on wykpił się jednym głupim SMS-em: „Następnym razem na pewno się uda. Przepraszam”.

Potem była Wielkanoc. Radek wyjechał z żoną do rodziców. Mówił, że to tradycja, że nie będzie w stanie niczego wymyślić. Wymusiłam na nim wtedy, by zadeklarował się, że następne święta (ubiegłoroczne Boże Narodzenie) spędzimy razem. 24 grudnia pojawił się u mnie o 16. Wypił herbatę, zjadł kawałek ciasta i wyszedł. Obiecał, że wróci po kolacji wigilijnej. Czekałam do rana. Płacząc, wydzwaniałam do wszystkich.

Łudziłam się, że może ktoś zaproponuje mi wspólny wieczór. Nie zaproponował. W końcu nie miałam przecież prawdziwych przyjaciół, a ci którzy mi zostali, narzekali, że nie mam dla nich czasu przez mój „związek”. Radek przyszedł, ale spóźniony 12 godzin. „Nie wiem, jak to się stało, zasnąłem", powiedział, rozkładając ręce.

Obiecuje, że po nowym roku powie żonie o naszym romansie. Ale ja nie mam złudzeń – nie widzę już w jego oczach tych iskierek, co na początku. Może mu spowszedniałam? W końcu po trzech latach też mogliśmy wejść w fazę rutyny. Jak walczyć o tę miłość, skoro w tym układzie jest o jedną osobę za dużo? Teraz zamiast słyszeć, co możemy zrobić, by się spotkać, słyszę tylko wymówki, tłumaczące jego nieobecność: grypa żołądkowa bliźniaków, dorywcza praca, by spłacić kredyt na meble, złe samopoczucie żony, depresja zimowa.

Mam wrażenie, że powoli się od siebie odsuwamy. Czy Radek znów sypia ze swoją żoną? Wolałabym, by znalazł sobie kogoś innego. Zbliżają się nasze trzecie wspólne święta. Radek chce, bym w Wigilię poznała jego synów. Ale mam złe przeczucia. Boję się, że sprawdzi się przysłowie: “Do trzech razy sztuka".

Autor: 
Dominik Gajda
Źródło: 

Onet

Dodaj komentarz

CAPTCHA
Przepisz kod z obrazka.