Sekswizja

Pisanie o seksie nie należy do zadań łatwych, a już na pewno – przyjemnych. Na pewno przyjemniej jest uprawiać seks niż o nim myśleć czy mówić. Sądzić należy jednak, że trzeba. Każdy musi zająć swoje dobrze przemyślane stanowisko. Od tego, czy nabierzemy niezależnej od różnych pozornych „autorytetów” mądrości w tej sferze, zależy bardzo wiele. Jest o czym myśleć – jest o czym dyskutować.

Każdy problem należy poddać analizie i interpretacji, zwracając uwagę na kontekst, wewnętrzną spójność i logikę, wreszcie – cel końcowy: rozwiązanie problemu. Nie widzę powodu, by sprawy intymne wyłamywały się z tego schematu. Wychowanie do życia w rodzinie, jak chcą jedni lub wychowanie seksualne, jak chcą drudzy, wiąże się z rozwiązywaniem problemów. Seks może i rzeczywiście staje się zadaniem do rozwikłania. Zadaniem niełatwym, ale możliwym. Nie widać zasadniczo powodu, aby traktować problemy świata w sposób analityczny, używając rozumu, a sprawy seksu zostawiać intuicji, oświeceniu czy jakiemuś innemu guru.

Jeśli rzeczywiście seks jest problemem, to należy go poddać analizie i rozwiązać. Jeśli się tego nie zrobiło do tej pory, zawsze można zacząć. Nie ma takiej sprawy w ludzkim świecie, na którą byłoby za późno. Czasem wrażenie, że jest na coś za późno, może de facto oznaczać – jeszcze jest za wcześnie. Trudno wyłapać moment, kiedy człowiek dorasta. Jeden dorasta szybciej i w wieku 18 lat jest mądrzejszy niż ktoś inny w wieku 35. Inni dorastają wolniej, później znajdują rozwiązanie problemów życiowych. A seks jest jednym z istotnych problemów życiowych. Czy tego chcemy, czy nie, seks istnieje i jest realny. Co prawda era technologii wirtualnych zagarnęła część tej problematyki, ale nadal w wydaniu wulgarnym, więc póki co musimy myśleć o problemie seksu poza światem wirtualnym. Tak naprawdę nie samo istnienie sfery seksualnej stanowi problem. Problem stanowi nasz stosunek do tej sfery.

Można podzielić problemy, związane z seksem zasadniczo na dwa wymiary. Jednym z nich jest wymiar duchowy. Coraz więcej ludzi określa siebie jako aseksualni. Póki co nie jest to jeszcze duża część społeczeństwa, jednak stale rośnie w siłę. Ludzie ci z różnych powodów nie uznają istnienia takich rzeczy, jak akt seksualny, popęd, pragnienie czy żądza. Twierdzą, że „seks jest przereklamowany” i że oni nie odczuwają żadnych potrzeb w tej materii. Nie ma powodu, by im nie wierzyć, tym bardziej, że dzięki temu czy raczej skutkiem tego rozwijają inne umiejętności. Przecież żeby być człowiekiem spełnionym seksualnie, potrzeba czasu, aby nawiązać relację, popracować nad emocjami, pogłębić poznanie partnera. Aseksualni mają sporo czasu zaoszczędzonego na seksie. Mogą zatem faktycznie rozwijać inne sfery życia.

Nie zmienią jednak faktu, że nadal większość ludzi odczuwa potrzeby seksualne oraz złożone potrzeby psychologiczne. Wedle hierarchii potrzeb psychologa Maslowa, jedną z potrzeb jest uznanie, szacunek, dowartościowanie siebie jako kobiety czy mężczyzny. Żeby być spełnionym trzeba mieć partnera, czas, dobre chęci i sporo niezależności w sytuacji, kiedy w kraju o życiu seksualnym milionów decydują nadal księża, zakonnicy oraz osoby świeckie związane z religią. Nie neguję faktu, że osoby duchowne mają sporą wiedzę teoretyczną, a nawet praktyczną. O życiu seksualnym Polaków mogą przecież dowiedzieć się w konfesjonale, tym bardziej, że nawet „legalny seks” obłożony jest nieufnością. Traktuje się seks jako zło, a seks małżeński, a więc legalny, jako albo: a) obowiązek; albo b) zło konieczne, jednak w żadnym razie jako dobro. Nie chcę tu wchodzić w złożoną problematykę historyczną, która sporo wyjaśnia. Sporo wyjaśnia też teoria ewolucji i psychologia ewolucyjna, wskazując, że nie zawsze udaje się ucieczka od seksu. Gdyby rzeczywiście można było zawsze i wszędzie panować nad seksem, z pewnością nie mielibyśmy takiego skoku technologicznego, który uwarunkowany jest przekroczeniem odpowiedniej liczby mieszkańców globalnej populacji. Tak czy inaczej większość ludzi nadal ma potrzeby seksualne, przeważnie niezaspokojone, ale żeby było tragikomiczniej jednocześnie istnieje głęboka nieufność wobec tej pięknej sprawy.

Kolejnym aspektem jest relacja między miłością i seksem. Powiada się, że nie ma nic gorszego niż seks bez miłości, jednak równolegle trzeba zapytać, czy miłość bez seksu ma sens? Pytanie retoryczne, jednak domagające się mądrej odpowiedzi. Dodam tylko, że dawniej w majestacie prawa zawierano związki kościelne bez uczucia – z powodów politycznych, rodzinnych czy ekonomicznych. Kościół błogosławił „ofiary” negocjacji społecznych i wśród woni kadzideł, znanych z „Pieśni nad pieśniami” (nota bene: nadal niewłaściwie czytanej) zawierano związki czysto pragmatyczne. Nie było tam mowy o miłości, toteż seks służył wyłącznie do przedłużenia rodu, zachowania tronu czy innym mało pobożnym celom. Mało kto wie, że to dopiero romantycy obnażyli ten mechanizm – wystąpili przeciw powszechnej obłudzie mieszczaństwa i burżuazji i domagali się szacunku dla uczuć, spychanych dotąd na margines. O ile ktoś zatem słusznie obawia się, czy przygodny seks jest prawdziwy, powinien być uczciwy i zapytać, czy miłość nie spełniona jest też etycznie poprawna.

Sprawy seksu są delikatne. Dochodzą tutaj jeszcze kwestie rozwodów, współżycia przedmałżeńskiego coraz liczniejszej grupy ludzi, antykoncepcji, aborcji, masturbacji, ale nie tylko, bo mamy coraz częściej do czynienia z łamaniem praw osób homoseksualnych (co nie jest wcale ich wolnym wyborem wbrew temu, co twierdzi Kościół, a co pokazują badania), a także zmiany płci. Jeśli mamy być normalni, to myślmy odważnie. Nie dajmy się wpędzić w kozi róg. Nie mam recepty na mądrość w tej kwestii, ale są to sprawy tak indywidualne, że wprowadzanie jakichkolwiek norm, nakazów i ustawianie wszystkich pod jedną miarkę nie jest moralnie pozytywne. Tu nie chodzi o nawoływanie do rozwiązłości, bo między ścisłym celibatem a faktyczną rozpustą jest cała terra incognito. Nie jest dobrze, jeśli powodowani fałszywym wstydem będziemy nadal udawać bezcielesnych aniołów, negować potrzeby i niewłaściwie zarządzać seksem.

Jeśli tedy ostatecznie nie znajdziemy jakiegoś złotego środka, nic się nie zmieni. Oczywiście osobiście jestem przeciwko zmianie płci czy adopcji dzieci przez pary gejowsko-lesbijskie, jednak wiem, że gdybym sam był w podobnej sytuacji, domagałbym się ulżenia w tym wielkim cierpieniu. Łatwo moralizować, gdy się jest w dobrej kondycji psychicznej, łatwo wykrzykiwać z ambony różne dyrdymały, ale porozmawiać z człowiekiem cierpiącym, człowiekiem w potrzebie – znacznie trudniej.

Bo o seksie trzeba mówić. Wcale nie po to, by namawiać do tego, aby dać sobie pełny luz, czasem potrzebny. Jednak polityka karania, kagańców, biczowania się i tym podobnych spraw nie sprawdza się na dłuższą metę, tak jak nie sprawdzały się kary cielesne w procesie wychowawczym. Tu jest sedno – rozmawiać, a nie kastrować pedofilów, łamiąc ich prawa do terapii, leczenia. Za pomocą pigułek na obniżenie popędu jeszcze nikt nikogo nie wyleczył, bo problem tkwi w głowie i w relacjach, a na dobitkę w systemie społecznym. Osoby skazane za pornografię dziecięcą czy pedofilię powinno się poddawać długotrwałej terapii, a nie kasować im popęd za pomocą chemii.

Dużo by jeszcze mówić, jednak póki co wystarczy. Przemyślenie problemów, jakie przeważnie młodzi ludzie mają z tożsamością w okresie dojrzewania wymaga czasu i wysiłku. I nic nie pomoże tłumaczenie, że popęd można kontrolować w sposób dowolny. Problem polega na tym, że można go kontrolować częściowo i do czasu. Gdyby do końca rację mieli rygoryści to pewnie nie byłoby komu tego pisać. Nie ma jednej normy i poziomu popędów – każdy ma inaczej, każdy jest inny.

Krzywa Gaussa pokazuje, że w większości spraw istnieje jakaś uśredniona norma statystyczna. Przeciętny człowiek jest w stanie abstrahować od realizacji potrzeb seksualnych na jakiś czas. Ale nie wiecznie. Mała grupa ma problemy z kontrolowaniem popędu na co dzień, a druga mała grupa z drugiego bieguna krzywej Gaussa nie odczuwa żadnych potrzeb seksualnych. Przeciętnie jednak mamy potrzeby i musimy je jakoś tak czy inaczej zaspokajać. Nie ma co prawda dowodów naukowych na szkodliwość celibatu, jednak istnieją dowody, że w warunkach radykalnej deprywacji seksualnej może wytrwać tylko bardzo mała statystycznie grupa. W dobie pracoholizmu zdarza się też coraz częściej, że ludzie tłumią swoje pragnienia, bo pracując po kilkanaście godzin na dobę zwyczajnie nie mają siły na seks. Jednak – natury nie daje się oszukać. Wcześniej czy później trzeba pomyśleć o partnerze czy partnerce. Byle pamiętać, że to, co się dzieje między dwojgiem ludzi jest wspaniałe. I nie dać się wytrącić z równowagi.

Autor: 
Rafał Sulikovski

Dodaj komentarz

CAPTCHA
Przepisz kod z obrazka.